Portret rodzinny

Ostatnia wizyta moich Rodziców była okazją do wspominania starych czasów. Tatuś pokazał mi zdjęcia rodzinne, które robiliśmy każdej Wigilii. Doskonale pamiętam atmosferę towarzyszącą robieniu tych zdjęć. Były takie lata, gdy obie z siostrą nie znosiłyśmy tego zwyczaju. Ale były też takie, gdy z przyjemnością pozowałyśmy. Tatuś-fotograf zawsze był obecny na tych zdjęciach, a wszystko za sprawą tajemniczego mechanizmu opóźniającego wyzwolenie migawki (przyznaję się otwarcie, że nawet nie wiem, czy nasz aparat ma taką funkcję...).

Było coś magicznego w całym procesie przygotowywania tych zdjęć, począwszy od pozowania po moment podziwiania rezultatów. Nieodłącznym elementem robienia rodzinnych portretów było bowiem oczekiwanie na wywołane zdjęcia. Nigdy nie było wiadomo, jak się wyjdzie na zdjęciu, czy ktoś nie zamknie oczu, nie uśmiechnie się krzywo lub nie zasłoni któregoś z domowników (stąd często na zdjęciach niektóre osoby wyglądy trochę jak żyrafa, wyciągając szyję by być widocznym:). Z tamtych dni w pamięci utkwił mi także widok Mamy trzymającej ręcznik nad okienkiem w drzwiach łazienki, która służyła czasem za ciemnię (początkowo wszystkie zdjęcia Tatuś wywoływał sam, nawet jak byłyśmy małe Rodzice potrafili dobrze się zorganizować).

Od kiedy znów zaczęłam męczyć aparat, moim głównym celem jest zatrzymywanie chwil. Ostatnio pełnię więc samozwańczo funkcję fotografa rodzinnego. Rodzina często protestuje ("No nie.... znowu zdjęcia?!"), ale nie poddaję się i z uporem ustawiam ich odpowiednio. Najczęściej robię portrety Marysi, ale przy większych okazjach, staram się uwiecznić też całą naszą Rodzinę. Nie inaczej było po chrzcinach Ani (które odbyły się dwa dni przed skończeniem przez nią pół roku). W restauracji, z obłędnymi betonowymi ścianami, usadziłam męża, "wręczyłam" mu Anię, a Marysię ustawiłam obok. Nie dali mi wiele czasu, minutę (sprawdziłam odstęp czasu między pierwszym i ostatnim zdjęciem) i nie udało mi się złapać na jednym zdjęciu wszystkich dobrze ustawionych i z pięknym minami, patrzących w obiektyw. Pstrykałam zdjęcia seriami i podczas obróbki zdjęć wieczorem już zabierałam się za przeklejenie niektórych fragmentów (akurat prawego oka męża), lecz zostałam nagle powstrzymana. Mąż stanowczo zaprotestował przeciwko standardowym w tego rodzaju przypadkach sztuczkom fotograficznym i zgodził się jedynie na lekki retusz. Na początku nie mogłam się z tym pogodzić ("Jak to? Nie będzie idealnego portretu?"), ale uzmysłowiłam sobie, że tak będzie naturalniej i trochę jak za starych czasów. Technika poszła na przód i robiąc zdjęcia lustrzanką nie ma tego magicznego oczekiwania, ale mam nadzieję, że za wiele lat moja Rodzina będzie z łezką w oku oglądała zdjęcia (tak jak ja po latach).

PS. Instagramowa koleżanka stwierdziła, że może i nie ma mnie na poniższym zdjęciu fizycznie, ale jednak jestem, bo we wszystkich oczach widać miłość. I tej wersji wydarzeń się trzymam!



Udostępnij post:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawiony ślad!

Copyright 2014 Gęsiego.
Designed by OddThemes