Milk drunk

Taka sytuacja: 4 rano, leżę na środku łóżka. Jak szprotka w puszce, gdyż nie leżę sama. Po lewej przytula się do mnie przez sen starsza córka, którą obudził koszmar (całkiem przerażający, nie tylko jak na wyobraźnię prawie siedmiolatki: ćma zjadła jej kawałek ucha...). Po lewej rozwaliła się młodsza, dwumiesięczna, ledwo co nakarmione niemowlę. Przez uchylone okno dobiega kwilenie malutkich jaskółek, których rodzice zdecydowali się uwić gniazdko właśnie tutaj. Mąż na tymczasowym wygnaniu w innym pokoju, może i ma trochę niewygodnie, ale śpi smacznie.
A ja leżę, trzymam obie córki za rączki i zamiast spać (jest do licha 4 rano!) rozmyślam, jakie mam szczęście (zasypiam dopiero wieczorem tego samego dnia).

Albo taka: działka, jeden z czerwcowych weekendów. Bujam młodszą w wózku. Starsza puszcza latawiec z ojcem. Kątem oka widzę, że coś na ścieżce się rusza. Przyglądam się dokładniej, a to pisklę. Wypadło z gniazda. Łzy cisną mi się do oczu, z trudem je opanowuję. Wołam męża, córkę kieruję do domku na bajkę. Duszę w sobie jakiś nieopanowany smutek podczas gdy mąż-bohater ratuje pisklę.

I jeszcze następna i następna... Mogłabym krzyczeć, że się nie zgadzam by hormony takie "coś" ze mną robiły. Ale jakoś nie wydobywam z siebie nawet szeptu sprzeciwu. Nie przejmuję się tym, że stałam się łagodniejsza (teraz bywam zołzą, gdy trzeba, a nie dla kaprysu;). Albo tym że kupka rzeczy, które "jeszcze kiedyś włożę do klubu" topnieje powoli wraz z każdymi następnymi porządkami. Nie mam problemu z tym, że morze nieużywanych szpilek zostało zastawione bardziej praktycznym obuwiem (butów nie pozbywam się tak łatwo jak ciuchów:). Nie buntuję się też przeciwko inwazji dziecięcych rzeczy w każdym kącie (choć są obszary, które trzymam w ryzach).

Po urodzeniu pierwszej córki słyszałam, że jeszcze zatęsknię (po urodzeniu drugiej te głosy były już mniej liczne). Ale za czym niby miałabym tęsknić? Wszystko mam, tylko w nowej formie. Nieprzespane noce? Oczywiście, że się trafiają, ale nie za sprawą klubów tylko niemowlaka. Zabawę w lekko zawianym towarzystwie? Rolę dorosłych przejęła "milk drunk" córka albo kinderbale, podczas których dzieciaki wyprawiają fajniejsze cuda niż dorośli;) Wyjścia do kina czy do teatru? Multikino baby lub teatr u starszej córy w szkole zapraszają serdecznie.
A do tego dostałam w gratisie takie chwile jak ta na wstępie oraz moc rozbrajających uśmiechów, mokrych buziaków i przytulasków z całej siły.
Oczywiście znam matki, które nie rezygnowały ze "starego" stylu życia. Ale czy tak jest naprawdę lepiej? I czy matka, która świadomie (lub mniej) nie korzysta z uroków życia nocnego jest gorsza od tych, które nadal balują? Tendencyjne wydaje się wmawianie matkom, że bez tego stracą cząstkę siebie. Bo stracą najwyżej właściciele klubów;)




Umieszczenie pod takim tekstem roześmianych pysiów moich córek byłoby tendencyjne i niesprawiedliwe, a więc zamiast nich, trochę naszego otoczenia nocnego:)

Udostępnij post:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawiony ślad!

Copyright 2014 Gęsiego.
Designed by OddThemes