Historia pewnego spaceru

Porządek dnia wymusza na nas spacer dopiero po 15, a pomimo tego, że dziś jest trzeci dzień, który spędzamy do 17 tylko we trzy, nie udało nam się dotąd na niego wyjść. Pierwszego dnia rozszalała się burza. Drugiego dnia podobnie (nie spodziewałam się, że dwa dni z rzędu burza przyjdzie o podobnej godzinie). Dzisiejszy spacer też o mały włos by się nie powiódł. Jak już udało nam się wybrać (co przy dwójce dzieci trochę trwa, nie mam jeszcze wprawy), to parę metrów od domu zaskoczył nas deszcz i musiałyśmy wrócić. Ania zdążyła zasnąć, więc stwierdziłam, że możemy chwilę posiedzieć na klatce i zobaczymy czy niewielki deszczyk przerodzi się w coś groźniejszego. 
Marysia jednak była mocno podłamana. Od powrotu z wakacji nie może się doczekać spaceru, gdyż wiąże się on z jej ulubioną drobną przyjemnością: wizytą w naszej ulubionej lodziarni. I to nie po lody (smaki, które serwują są totalnie nie w jej typie, np. słony karmel, który ja uwielbiam!), ale po makaronik, czyli - jak go nazywa Marysia - po kluskę. W zwyczaju mamy jedną kluskę lub porcję loda dziennie. Taka mała ilość sprawia naprawdę dużą radość, paradoksalnie bardziej odczuwalną niż większe porcje (już to przetestowałyśmy:).
Zdjęcia, które pstryknęłam na klatce, dobrze pokazują humor Marysi. Tylko na jednym z nich widać cień uśmiechu (czymś udało mi się ją rozśmieszyć, nie pamiętam czym). Była bardzo smutna, ale całe szczęście, po jakiś 15 minutach niebo się przejaśniło. I od razu pojawił się też uśmiech.

(przy obróbce zdjęć skorzystałam z instagramowych filtrów, X-Pro - pierwsza część, Hudson - druga)













"Mamusiu, jak zrobię gryzka, to wyjdzie uśmiech"

Ja: "Zjadłaś cały na raz?"

Marysia: "Jakoś tak wyszło":)





Udostępnij post:

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawiony ślad!

Copyright 2014 Gęsiego.
Designed by OddThemes